Short Stories

Praska Impresja

Share

PL/EN

To pierwszy dzień wakacji i słońce grzeje niemiłosiernie. Dla mnie to kolejny zwykły dzień.
Zaraz muszę wyjść na bazar, a wnuczek grzebie w niepotrzebnym już piórniku i wyrzuca z niego
wszystko na podłogę. Córka zaraz zabierze go do domu, ale na razie jeszcze ma czas rozrabiać.
Wyłączyłam się na chwilę i nagle widzę, jak nożyczki przecinają powietrze i lądują za oknem.
Stracone. Zbieram resztę rzeczy, nożyczki pewnie zatrzymała krata pod balkonami, która zazwyczaj
łapie spadające cegły. Nie da się tu umyć okna, bo wszystko by się rozpadło. To taka beznadzieja,
że porządki nikomu nie byłyby potrzebne. Przynajmniej trochę zaoszczędzi się czas. Córka odbiera
wnuczka, pędzą gdzieś dalej na Pragę. Idę na bazar, otwieram kramik i czekam. Pewnie więcej osób
zawróci mi dzisiaj głowę, niż będzie chciało coś kupić. Czasem godzinę dłużej zostaję tu przez
takie wścibskie dziewczyny. Zapisują w tych swoich drogich notatnikach i kompletnie nic z tego
nie wynika. Ale ja się nie skarżę, mam dobre życie, tyle rzeczy mogłoby być gorzej. Zamyślam się i
czekam.
Mama z synkiem przysiadają na schodach na Ząbkowskiej. Jedzą gofry i razem ustawiają
kolorowe figurki na pobliskim parapecie. Obok nich stoi młody chłopak w odblaskowym
pomarańczowym stroju służbowym z napisem „Ratownik”.
– Jak to było z tym protestem? – pyta go kobieta – My mieszkamy przy szpitalu na
Grenadierów i obserwowaliśmy wywieszone karteczki.
– Nie można było nie przyjść. – mówi twardo chłopak – Niektórzy oczywiście musieli iść do
pracy. Trzeba zarabiać. Ja jestem też ochotnikiem w straży pożarnej, żyję tym cały czas. Ja
pracuję krótko, ale starsi koledzy mogliby opowiedzieć sporo niefajnych sytuacji. Ale co ja
tam będę opowiadał… – urywa i odchodzi szybko, skręca w Brzeską.
Nad głową przez moment ma pomarańczowe nożyczki tkwiące w poprzek kraty pod balkonami.
Nie zauważa ich, dawno nie patrzył w niebo, choćby było w kratkę.

 


Impression from Praga

PL/EN

It’s the first day of holidays and the sun is burning with no mercy. For me, it is just an
average day. I have to go just now to the market but my grandson is digging in his pencil box and
scattering its contents all over the place. My daughter will come take him home soon, but in the
meantime, he still manages to break havoc. I get distracted for a second and suddenly I see the
scissors cutting their way through the air and falling through the window. Lost scissors. I gather up
the rest and hope that the scissors have been caught by the metal net under the balcony, the same net
where all the falling bits of the building are caught. It’s impossible to clean these windows; if I tried
to do it, the whole thing would fall to pieces. It’s such a pity that nobody cares about putting all this
in order; at least we could save some time. My daughter picks up my grandson and they rush off
somewhere in Praga. I go to the bazar, open my booth and wait. I bet that most people today will
just look me up and look away, and nearly no one will want to buy anything. Sometimes I have to
stay a whole hour longer because of curious girls. They write something in their expensive-looking
notebooks, but nothing, no sale. But I don’t complain. My life is good, there’s so much which could
be worse. I get lost in my thoughts and wait.
A mom and her son sit on the stairs in Ząbkowska street. They’re eating waffles and, from
time to time, they put some little toys on the windowpane nearby. There’s a young guy next to them,
wearing a bright-orange uniform which has “First aid” written on it.
“How did the protest go?” – The woman asks: “We live close to the hospital in Grenadierów street
and saw all those posters and banners.”
“It was impossible to pass,” says the guy in a hard tone: “Some people had to go to work, of course.
We gotta make a living. I also volunteer as a fireman, I spend all my time there. I haven’t worked
long there, but some of the older guys can tell so many horrible stories…” He stops suddenly and
turns on Brzeska street.
For a second, right over his head, there hang some orange scissors stuck between the grate under the
balcony. He doesn’t notice them; it has been too long since the last time he looked up the sky, not even through the grate.